Artykuł był gotowy już od dawna, nosił roboczy tytuł "Len" i nie miał żadnego zdjęcia, ani ilustracji. Owszem, nie jest to konieczne, ale milej taki czytać, tak sądzę. Postanowiłam sobie też, że w miarę możliwości, będę wykorzystywać fotografie z własnego archiwum, własnego autorstwa. Zaczęłam więc kręcić się po domostwie w poszukiwaniu jakiegoś lnianego artefaktu. Znalazłam serwety. Proste, płócienne, lekko kremowe. Czy może ecru? Przykrywam nimi drożdżowe ciasto do wyrośnięcia, albo to na pierogi - żeby "odpoczęło" 😉. Czasem wyściełany jest nimi koszyk na chleb. Wtedy przypomniałam sobie książkę pt. "Przędza"Natalii de Barbaro. To pozycja z kategorii 'psychologia i rozwój osobisty', lecz z piękną metaforyką tkacką i włókienniczą. Lniana nitka reprezentuje tam codzienność, zwyczajność, gdzie mniej znaczy naprawdę mniej i przeciwstawione jest życiu 'wyczynowemu'.
No i mam zdjęcie, mam tytuł artykułu, a książkę polecam.
Pierwsi rolnicy
Dawno, dawno temu, prawie 12 tysięcy lat wstecz, gdy epoka lodowcowa odtrąbiła wreszcie swój koniec, a klimat się ustabilizował, gdzieś za lasami, za górami, w rejonach zwanych „Żyznym Półksiężycem”, pojawili się ludzie, którzy zaczęli eksperymentować z uprawami. Nadszedł czas rewolucji neolitycznej. Nietypowej rewolucji, bo na przekór nazwie, kojarzonej z gwałtownymi zamieszkami, polegała ona na przejściu ludzi w tryb osiadły i trwała kilka tysięcy lat.
Ustalono, że pierwsi rolnicy uprawiali 7 roślin: trzy z nich były zbożami (pszenica samopsza i płaskurka oraz jęczmień), trzy należały do roślin strączkowych (cieciorka, soczewica i groch), siódmym gatunkiem był len. Uprawiany zarówno dla włókien, jak i dla nasion, bogatych w olej lniany. Udomowienie dzikiego lnu nastąpiło około 8 tys. lat temu. Początkowo włókna lniane wykorzystywano w formie sznurków, np. do zszywania skór. Pierwsze tkaniny lniane pojawiły się prawdopodobnie dopiero w Egipcie, a najstarsze znalezione tam płótna mają ok. 3,5 tys. lat.
O dziwo, nazwa niewiele zmieniła się od tych zamierzchłych czasów! Praindoeuropejski lino brzmi teraz w polskim jako len. Znaczenie słowa len, podobnie jak w przypadku bawełny, obejmuje roślinę, jej nasienie, włókno, przędzę oraz tkaninę. Wyraz jest oczywiście spokrewniony z nazwami w innych językach indoeuropejskich: litewskim linas, czeskim len, rosyjskim lon, greckim linon, łacińskim linum, niemieckim Lein czy angielskim linen. W tych dwu ostatnich roślina nazywana jest inaczej, odpowiednio Flachs i flax (pochodne ze starogermańskiego, od słowa określającego czynność splatania).
Lina, linia, linijka
Ponieważ sznury wykonywano z lnu, mamy słowo lina, wzięte z germańskiego (w niemieckim – Leine). A od wyrazu lina mamy pochodne, takie jak linoskoczek czy kolejka linowa. Zapożyczeniem z innego źródła, lecz też odnoszącym się do sznurka, a pochodzącym z łaciny (od lineus – lniany) jest linia, gdyż dawniej za pomocą lnianego sznura odciskano ślad stanowiący linię pomiaru czy wyznaczoną granicę. Obecnie wyraz linia ma wiele znaczeń, w moim Słowniku Języka Polskiego PWN jest ich 10! Od niego wywodzi się linijka – czyli „mała linia”, a także: przyrząd do kreślenia i mierzenia linii prostych.
Mistrz zero waste
Łacińskie miano botaniczne lnu zwyczajnego - Linum usitatissimum - podkreśla jego niezwykłą użyteczność. Ta roślina to mistrz zero waste - wykorzystuje się z niej wszystkie części! Z części środkowej łodygi - włókno długie, do produkcji wysokiej jakości przędz czesankowych, osnowowych i dalej tkanin; z części wierzchołkowej i korzeniowej - włókno krótkie, do produkcji przędz zgrzebnych wątkowych. Z połamanych, zdrewniałych części łodyg, tzw. paździerzy, pozostałych po odzyskiwaniu włókna - wyrabia się płyty paździerzowe, a z jeszcze mniejszych odpadów – papier. Z nasion wytłacza się olej, mają one również zastosowanie w przemyśle farmaceutycznym. Z wytłoków nasion robi się paszę dla zwierząt. Len jest też rośliną ozdobną, sadzoną na ogrodowych rabatach i skalnikach.
Jak to ze lnem było?
Polska jest szczególnym krajem lnu. Znajomość jego uprawy i użytkowania przyniosły na te tereny ludy ceramiki wstęgowej w okresie 5600 – 4900 lat p.n.e. Przez stulecia uprawę udoskonalano i upowszechniano, a niebieskie łany stały się charakterystycznym elementem krajobrazu. W słownikach na tę okoliczność podany jest między innymi cytat z Mickiewicza: „Gdy w kolonijach osiędę, ogród zorzę, grzędy skopię, a na nich co rok siać będę same lny, same konopie” (Dziady cz.III, akt.1, wers. 431-434). Szkoda, że w Inwokacji wieszcz się o tym nie zająknął - świerzop z dzięcieliną dziatwę szkolną wciąż męczą 😉 Trudno już znaleźć takie zagony lnem obsiane, a wielowiekowy proceder do obejrzenia tylko w skansenie. Zapraszam:
Co pozostało w polszczyźnie? Najtrwalszym chyba i powszechnie używanym w naszym języku słowem, związanym z uprawą i obróbką lnu, jest nazwa miesiąca październik. W tym czasie odbywało się „bicie” zebranych, wymoczonych i wysuszonych roślin, by połamać twarde łodygi – czyli paździerze i oddzielić od nich cenne włókno. Proces ten nazywano międleniem. Obecnie to ostatnie słowo używane bywa w innych sytuacjach. Do dziecka żującego gumę można powiedzieć: „Co tam międlisz w buzi?” albo o nudnym wykładzie: „Ale ten profesor dzisiaj międlił! Prawie usnąłem." 😴
Natomiast dziwi mnie, że z lnem nie mamy żadnych przysłów czy powiedzonek. Zazwyczaj w nich odciska się to co istotne i powszechne w danej kulturze. Księga Samuela Adlaberga nie zawiera nawet takiego hasła! Zajrzałam do słownika frazeologicznego. Znalazłam lnianewłosy/warkocze, lub włosyjak len czyli bardzo jasne, w kolorze blond.
Biały jak płótno
Uzyskane w procesie ciężkiej pracy lniane nici zaczepiano w końcu na krośnie, by powstało z nich lniane płótno. Wyraz płótno oznacza tkaninę o prostym splocie, zrobioną z lnu, ale też z bawełny, konopi czy juty. Pochodzi z prasłowiańskiego poltno. Jak podają arabskie źródła z X w. płaty cienkiej, lnianej tkaniny były u Słowian używane w handlu jako płacidła, coś w rodzaju obiegowej 'monety' i służyły do wymiany wewnętrznej do XIII w. Słowo płat pozostaje w etymologicznym związku z prasłowiańskim wyrazem poltno i zrodziło ono takie ważne określenia jak płacić, płaca, zapłata.
Jak widać, lniane płótno miało dużą wartość. Już od starożytności nadawano mu szereg funkcji symbolicznych i magicznych, wykorzystywano w sytuacjach codziennych i obrzędowych. Egipcjanie nosili lniane ubrania, bo były lekkie, przewiewne i jasne, odbijały promienie słoneczne, idealne w gorącym i suchym klimacie. Egipscy kapłani musieli przywdziać lniane szaty wchodząc do świątyni. Po śmierci używano lnianych taśm do mumifikacji ciała (około 300 m dla zwykłego śmiertelnika, ponad 1000 m dla faraona). W polskiej kulturze ludowej było podobnie. Z lnianego płótna szyto ubrania, pościel, ręczniki, worki i torby, a w skrawek lnianej szmatki owijano kromkę chleba. Płótno dawano w prezencie, na przykład z okazji chrztu. Na ostatnią drogę szyto zeń śmiertelnicę – koszulę pośmiertną, w której chowano zmarłego. Odzież stanowiła nie tylko zwykłą, fizyczną ochronę, ale też barierę między sacrum i profanum, wykorzystywano ją w obrzędach inicjacyjnych, momentach przejścia.
Max Liebermann "Bielenie na trawniku", olej na płótnie, 1882, (Public domain, via Wikimedia Commons)
Dzięki kolejnym praniom i oddziaływaniu słońca lniane płótno staje się białe, dlatego łączono je z symboliczną wymową bieli. Biel to taki kolor i nie kolor, suma wszystkich kolorów albo ich brak. Oznacza czystość, światło, świętość, odrodzenie do nowego życia, radość. W białych okryciach chodzili nie tylko egipscy kapłani, ale i celtyccy druidzi, chrześcijańscy diakoni, chodzi nawet sam papież. Kandydat na egzamin stawia się w białej koszuli (z łac. candidus biały). Dziecko do chrztu podajemy w białym ubranku. Panna młoda - obowiązkowo w białej sukni, choć to zwyczaj dopiero z XIX w. Wcześniej po prostu wkładano najładniejszą sukienkę lub strój regionalny, dbając przy tym by zawierał jakiś lniany element.
Każdy symbol ma swoją odwrotność. Na Wschodzie, w krajach słowiańskich i na dworze królów Francji biel była też kolorem żałoby, śmierci, duchów zmarłych i widm.
Ze względu na swą miękkość, właściwości oddychające i antyseptyczne, włókna lniane przeznaczano na odzież spodnią, ubieraną na gołe ciało, na pościel, a także do owijania ran, bo ponoć przyspieszały ich gojenie. Stąd bielizna – w języku polskim od słowa biały. Z lnianego płótna, łatwa do prania, pomagała utrzymać higienę. Mamy bieliznę pościelową, stołową, a nawet kielichową – w kościele katolickim używaną do czynności liturgicznych. Po angielsku to odpowiednio - bed linen oraz table linen. W staroangielskim wyraz linen określał też bieliznę 'ubraniową' (obecnie to underwear), natomiast przetrwał wyraz lining czyli 'podszewka', gdyż w średniowieczu często używano lnianych tkanin do podszywania ubrań. Every cloud has a silver lining - to znane przysłowie, odpowiadające mniej więcej naszemu "nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło".
Bandaże i fartuchy lekarzy też są białe. A jak ktoś mizernie wygląda, być może lekarza potrzebuje, to mówimy, że jest blady lub biały jak płótno.
Literackie emanacje
Ponieważ to "kwestie językowe”, wspomnieć należy o literackich emanacjach naszego bohatera i tu trzy tytuły przychodzą mi do głowy:
1. Jak to ze lnem było ? Marii Konopnickiej z 1892 r. Legenda objaśniająca znaczenie lnu i przedstawiająca przewrotnie kolejne fazy jego obróbki. Król pragnący bogactw i złota, otrzymał garść ziaren, a gdy okazało się że wyrosły z nich zwykłe rośliny, wściekły kazał je ściąć, kamieniami zbić i do wody wrzucić … Co było dalej? Dowiedzieć można się tu:
- do obejrzenia - w wersji retro z kanału „Bajanie na ścianie” – kto pamięta projektor na klisze i bajki wyświetlane na prześcieradle (może nawet i lnianym) zawieszonym na ścianie czy szafie?!
„Len był bardzo szczęśliwy. — Mówią ludzie, że jestem piękny i wysoki — powtarzał sobie — że będzie ze mnie piękna sztuka płótna. Jak to przyjemnie. Na pewno jestem najszczęśliwszy w świecie!” Ale jak to w życiu bywa, okresy dobre przeplatają się z gorszymi, różne sytuacje zaskakują nas, a wszystkie trzeba pokornie przyjąć i znaleźć szczęście mimo przeciwności.
3. Kajtkowe przygody Marii Kownackiej z 1948 r. Jedna z moich ulubionych lektur szkolnych, choć len nie jest w niej kluczowym tematem. Niedawno miałam okazję ją sobie odświeżyć czytając z młodszą córką. Tytułowy Kajtek to bocian, który w młodości wypadł z gniazda i został przygarnięty przez rodzinę Orczyków. Z perspektywy tego niezwykłego, skrzydlatego gościa obserwujemy życie i pracę w dawnej, wiejskiej zagrodzie oraz jego perypetie z innymi mieszkańcami. Opisane barwnym, żywym językiem, wiele tam smaczków etnograficznych, archaizmów, wyrazów dźwiękonaśladowczych. Są i paździerze, i międlenie, a jeszcze cierlice, roszenie i tłoka. Taki poradnik survivalowy - jak przeżyć na wsi 100 lat temu. Prawdę mówiąc ja - człowiek współczesny, który niemal każdą rzecz może załatwić jednym kliknięciem w ekran smartfona - gdy czytam i przeglądam te wszystkie informacje o lnie czy bawełnie, o historii dziewiarstwa, a nade wszystko o ludzkiej inwencji, pracy, mozole i trudzie – czuję się jak ten bocian. Z rozdziawionym dziobem nadziwić się nie mogę – jak to w ogóle było możliwe? Zakończę więc cytatem z Kajtka, słowami którymi zaczyna on rozdział o obróbce lnu:
„Co ci moi gospodarze wynajdują sobie za dziwne zajęcia!
Jakby nie mieli nic lepszego do roboty.”
Źródła:
1.Karin Bojs, Moja europejska rodzina. Pierwsze 54000 lat, Insignis, Kraków 2018
2.Wiesław Boryś,Słownik etymologiczny języka polskiego, Wyd. Literackie, Kraków 2005
2.Krystyna Długosz-Kurczabowa,Wielki słownik etymologiczno - historyczny języka polskiego, PWN, Warszawa 2008
3.Władysław Kopaliński, Słownik symboli, Wiedza Powszechna, Warszawa 1990
Dziękuję za piękną i wartościową informacje o lnie.Pamietam jeszcze bielenie prześcieradeł z lnu Wszystko fajnie tylko odziez z lnu się strasznie gniecie, pozdrawiam serdecznie.
Dziękuję Ula za odwiedziny i komentarz :))) Moja przyjaciółka tak podsumowała tę nie zawsze chcianą cechę lnianych tkanin: "Fajnie, można być legalnie w pogniecionych ciuchach" ;)
Tego nie jestem w stanie zrozumieć, kraj, w którym największym bogactwem był len właśnie, nagle w ogóle nie ma lnu... Jeszcze w latach 90-tych len był wszędzie, był dobrej jakości i nie kosztował miliona monet... Tego nie wybaczę. Uściski i serdeczności!
Cieszę się, że artykuł prowadzi do dalszych pytań i refleksji. Też nie wiem, czemu to dobro się rozpłynęło i teraz tylko w małych, kosztownych ilościach? Czy to właśnie o ten piniądz chodzi? Bo z Azji badziew wszelaki bardziej się opłaca sprowadzić, niż coś porządnie na miejscu wyprodukować? Pozdrawiam serdecznie :)))
Dziękuję za ciekawy i solidny materiał. Niesamowite są te związki człowieka z naturą, z roślinami nie tylko w sensie dosłownym, że dostarczała rzeczy potrzebnych w życiu, ale wpływała na język, który do teraz funkcjonuje w naszej codzienności, w ekonomii. Swoją drogą to zniknięcie polskiego lnu jest ponoć związane z globalną ekonomią. Ja sama bardzo lubię len, letnie lniane sukienki, koszule. Lniane spodnie też by mi się przydały. Bardzo podoba mi się, że korzystasz z własnych zdjęć. W książce pt. Chłopki, którą właśnie czytam jest też rozdział dotyczący lnu. Ale to już inny temat. Serdecznie pozdrawiam
Dziękuję Mario za nowe myśli i nowe tropy (książka!) :) Ja tylko naturalne włókna lubię, głównie takie staram się przerabiać oraz nosić (bo w 100% nie jest to obecnie możliwe). Mam kilka lnianych rzeczy, ale 'sieciowe', więc surowiec chiński, indyjski etc. Z rodzimego lnu to właśnie te opisane serwety :) Pozdrawiam i ściskam :)))
Uwielbiam Pani wpisy :) Są takie malownicze. I dogłębne. Z zawodu jestem, powiedzmy, naukowcem. Mam nawet tytuł profesora. I zawsze przekonuję się, jak niewiele wiem. Za to Panią bardzo cenię :) Pozdrawiam,
I spłonęłam rumieńcem, niczym dzięcielina (choć już nie panieńskim ;) Bardzo dziękuję za komentarz od utytułowanej osoby. Dla mnie - amatora, to silny podmuch wiatru w lniane żagle! Serdecznie pozdrawiam i zapraszam na kolejne odcinki :)))
Pięknie opracowałaś temat, wspaniale wyłuskałaś ciekawostki słowotwórcze. :) Przyjemnie czytało mi się ten tekst. :) Przez cały czas wracałam pamięcią do Legendy o lnie Marii Konopnickiej i zastanawiałam się, czy o niej wspomnisz. Gdy dotarłam do końca, uśmiechnęłam się na ten widok i jeszcze Baśni Andersena i Kajtkowych przygód, które mniej utkwiły mi w głowie niż Legenda. Lubię len, chociaż gniotliwy jest. Niedaleko mnie była fabryka lnu, ale dawno ja zlikwidowano, niedawno jeszcze komin był, ale i po nim nie ma już śladu. Jeśli chodzi o polskie przysłowia, to są takie, powiązane z imionami. 1. Jeśli na Agnieszkę pochmurno, to o len nie trudno; a jeśli jasno, to o len ciasno. (chodzi o św. Agnieszkę z 21 stycznia) 2. Benedykt w pole z grochem, Wojciech z owsem jedzie, Marek ze lnem, Filip tatarkę wywiedzie. 3. Na Matkę Boską Siewną zła to gospodyni, która lnu z wody nie wyczyni. To trzecie przysłowie było bardzo przestrzegane przez rolników, którzy wstrzymywali się z zasiewami przed tym świętem i siali dopiero po nim, co wiązało się z obfitymi plonami. Akurat przygotowywałam przysłowia do mojej zabawy i przypomniałam sobie, że mam zapisane takie związane z lnem. :) Pozdrawiam ciepło.
Drogi Splociku! Jakże Ci bardzo dziękuję za uzupełnienie!!! No racja - jest przecież kategoria tych imienno-rolniczo-pogodowych przysłów. W sprawie przysłów to w ogóle powinnam się z Tobą konsultować, wszak tę zabawę nie od dziś prowadzisz :) Dziękuję też za wspomnienie o fabryce. Pozdawiam serdecznie :)))
Dziękuję za piękną i wartościową informacje o lnie.Pamietam jeszcze bielenie prześcieradeł z lnu
OdpowiedzUsuńWszystko fajnie tylko odziez z lnu się strasznie gniecie, pozdrawiam serdecznie.
Dziękuję Ula za odwiedziny i komentarz :)))
UsuńMoja przyjaciółka tak podsumowała tę nie zawsze chcianą cechę lnianych tkanin: "Fajnie, można być legalnie w pogniecionych ciuchach" ;)
Szacunek dla lnu ✌️
OdpowiedzUsuńSZACUNEK! :)))
UsuńTego nie jestem w stanie zrozumieć, kraj, w którym największym bogactwem był len właśnie, nagle w ogóle nie ma lnu... Jeszcze w latach 90-tych len był wszędzie, był dobrej jakości i nie kosztował miliona monet... Tego nie wybaczę.
OdpowiedzUsuńUściski i serdeczności!
Cieszę się, że artykuł prowadzi do dalszych pytań i refleksji. Też nie wiem, czemu to dobro się rozpłynęło i teraz tylko w małych, kosztownych ilościach? Czy to właśnie o ten piniądz chodzi? Bo z Azji badziew wszelaki bardziej się opłaca sprowadzić, niż coś porządnie na miejscu wyprodukować?
UsuńPozdrawiam serdecznie :)))
Dziękuję za ciekawy i solidny materiał. Niesamowite są te związki człowieka z naturą, z roślinami nie tylko w sensie dosłownym, że dostarczała rzeczy potrzebnych w życiu, ale wpływała na język, który do teraz funkcjonuje w naszej codzienności, w ekonomii. Swoją drogą to zniknięcie polskiego lnu jest ponoć związane z globalną ekonomią. Ja sama bardzo lubię len, letnie lniane sukienki, koszule. Lniane spodnie też by mi się przydały.
OdpowiedzUsuńBardzo podoba mi się, że korzystasz z własnych zdjęć. W książce pt. Chłopki, którą właśnie czytam jest też rozdział dotyczący lnu. Ale to już inny temat. Serdecznie pozdrawiam
Dziękuję Mario za nowe myśli i nowe tropy (książka!) :) Ja tylko naturalne włókna lubię, głównie takie staram się przerabiać oraz nosić (bo w 100% nie jest to obecnie możliwe). Mam kilka lnianych rzeczy, ale 'sieciowe', więc surowiec chiński, indyjski etc. Z rodzimego lnu to właśnie te opisane serwety :) Pozdrawiam i ściskam :)))
UsuńUwielbiam Pani wpisy :) Są takie malownicze. I dogłębne. Z zawodu jestem, powiedzmy, naukowcem. Mam nawet tytuł profesora. I zawsze przekonuję się, jak niewiele wiem. Za to Panią bardzo cenię :) Pozdrawiam,
OdpowiedzUsuńI spłonęłam rumieńcem, niczym dzięcielina (choć już nie panieńskim ;)
UsuńBardzo dziękuję za komentarz od utytułowanej osoby. Dla mnie - amatora, to silny podmuch wiatru w lniane żagle! Serdecznie pozdrawiam i zapraszam na kolejne odcinki :)))
Pięknie opracowałaś temat, wspaniale wyłuskałaś ciekawostki słowotwórcze. :)
OdpowiedzUsuńPrzyjemnie czytało mi się ten tekst. :)
Przez cały czas wracałam pamięcią do Legendy o lnie Marii Konopnickiej i zastanawiałam się, czy o niej wspomnisz.
Gdy dotarłam do końca, uśmiechnęłam się na ten widok i jeszcze Baśni Andersena i Kajtkowych przygód, które mniej utkwiły mi w głowie niż Legenda.
Lubię len, chociaż gniotliwy jest.
Niedaleko mnie była fabryka lnu, ale dawno ja zlikwidowano, niedawno jeszcze komin był, ale i po nim nie ma już śladu.
Jeśli chodzi o polskie przysłowia, to są takie, powiązane z imionami.
1. Jeśli na Agnieszkę pochmurno, to o len nie trudno; a jeśli jasno, to o len ciasno. (chodzi o św. Agnieszkę z 21 stycznia)
2. Benedykt w pole z grochem, Wojciech z owsem jedzie, Marek ze lnem, Filip tatarkę wywiedzie.
3. Na Matkę Boską Siewną zła to gospodyni, która lnu z wody nie wyczyni.
To trzecie przysłowie było bardzo przestrzegane przez rolników, którzy wstrzymywali się z zasiewami przed tym świętem i siali dopiero po nim, co wiązało się z obfitymi plonami.
Akurat przygotowywałam przysłowia do mojej zabawy i przypomniałam sobie, że mam zapisane takie związane z lnem. :)
Pozdrawiam ciepło.
Drogi Splociku! Jakże Ci bardzo dziękuję za uzupełnienie!!! No racja - jest przecież kategoria tych imienno-rolniczo-pogodowych przysłów. W sprawie przysłów to w ogóle powinnam się z Tobą konsultować, wszak tę zabawę nie od dziś prowadzisz :) Dziękuję też za wspomnienie o fabryce. Pozdawiam serdecznie :)))
Usuń